Dlaczego Giba nigdy w Polsce nie zagrał

Wyobraź sobie, że właśnie wpłynęło na Twoje konto milion złotych. Nie ważne w jakich okolicznościach. Masz milion złotych i czujesz się bogaty. Nie! Jesteś bogaty!

Przyszła więc pora odkurzyć zeszyt z marzeniami pt. „jak kiedyś wygram w totka to se kupię..” i wreszcie zacząć je realizować. Zaczynamy?

Dom w jakimś uroczym miejscu. Duża działka, dużo okien. Koniecznie z widokiem na jakąś wodę. Dobry samochód. W sumie przydałyby się dwa. Całe życie marzyłeś też podróżować. Wszyscy teraz mówią Tajlandia, Zanzibar, pewnie i do Nepalu warto by się wybrać. No i zawsze marzyła Ci się firma. A jak już zacząć to z wysokiego C. W końcu stać Cię teraz na to.

No to sumujemy. Masz okrągły milion na koncie, jesteś bogaty więc teraz już jest łatwiej. Ile wyszło? Pięć, sześć milionów? Jak to? Jesteś przecież bogaty. A każdy chciałby przecież mieć milion na koncie. Ile by wtedy by za te pieniądze zrobił. Masz dużo pieniędzy ale wciąż jednak mało. Rozumiesz paradoks?

Dokładnie w takiej sytuacji są nasze kluby siatkarskie. Bogate a jednak wciąż biedne.

Za nami pierwsze spotkania półfinałów, jesteśmy coraz bliżej ostatecznych rozstrzygnięć, i jak co roku o tej porze – prawie jak ciężarówki Coca-Coli w święta – playoffy są oznaką, że ruch transferowy sięga zenitu. Bogaci sprzedają, kupują i zamieniają. Lwy muszą się najeść.

Jak co roku playoffy to czas gdzie w zasadzie wszyscy już po imprezie zamiatają, co zawsze bardzo mnie dziwi, ale o tym za chwilę. Opinie, że ten zagrał taki sezon, a tamten to porażka, to codzienność. Kibice mają swoje opinię i swoje osądy. Każdy ma teraz moment dla siebie. I każdy ma prawo do stworzenia swojej własnej drużyny marzeń.

Niestety po zakończeniu kariery przez Gibę, jedna z tych kultowych czerwonych ciężarówek Coca-Coli do Polski już nie przyjeżdża. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że historia pt. „Giba blisko jednego z polskich klubów” to wyssane z palca opowieści, ale pewnie wielu w nią uwierzyło. Poza tym i też gdzieś we mnie tliła się wiara, że może nadszedł wreszcie ten dzień, gdy polska siatkówka klubowa przekroczyła pewien finansowy próg. Niestety wciąż on jednak przed nami.

Słyszę, że siatkówka i piłka nożna w Polsce to dwa skrajne bieguny. Że sukcesy jednej dyscypliny, przeszkadza drugiej. Będąc w środku nie czuję tego. Każdy sukces polskiego sportu jest jego motorem napędowym i nie ma tu miejsca na zazdrość. Jest jedna rzecz w piłce nożnej, która siatkówce jednak przeszkadza. Futbolowe standardy głęboko zakorzenione są w każdym z kibiców, nawet jeśli oddał się tylko siatkówce. Standardy, które w naszym siatkarskim świecie po prostu nie mają na dzień dzisiejszy prawa bytu. Stąd też często tak niecelne strzały przy wyborach tych drużyn marzeń.

Podróżując, bodaj w zeszłym roku, na kolejny mecz Ligi Światowej miałem okazję przez cały lot do Paryża dyskutować z Cezarym Kucharskim, świetnym niegdyś piłkarzem a dziś managerem min Roberta Lewandowskiego. Przysłuchując się w jaki sposób działa system transferowy na rynku piłkarskim szybko zrozumiałem jak wielka dzieli przepaść te nasze dwie, ukochane dyscypliny.

Jest w Szwecji pewien klubik, którego – wybaczcie ale na futbolu aż tak dobrze jednak się nie znam – nazwy nie podam, mający zaplecze i infrastrukturę, której nie powstydziłyby się największe kluby w Europie. Klub taki stan zawdzięcza systemowi transferowemu, a dokładniej rzecz ujmując Zlatanowi Ibrahimovicowi, zmieniającemu tak często barwy klubowe, że w tym małym klubiku nie nadążają liczyć spływających na konto klubowe z tego tytułu euro. Bo w futbolu na zmianach barw klubowych zarabiają wszyscy, nawet po wielu, wielu latach.

W siatkówce transfery to raczej precedens. Zwyczajowo zawodnicy wędrują z klubu do klubu po wygaśnięciu kontraktu a kwoty transferów na szczeblu juniorskim liczone jeszcze nie dawno były w piłkach i to rzadko kiedy w Mikasach. Kluby są zdane od samego początku, do samego końca na łaskę sponsora, który akurat dziś jest, ale juto być go nie musi. Nawet jeśli w ich juniorskich zespołach jest kilku potencjalnych graczy wielkiego kalibru to nie jest to żadna forma inwestycji. Raczej zmartwienie na przyszłe lata. Jak zatrzymać takiego zawodnika po wygaśnięciu kontraktu. Nawet ustawowa opłata za wykupienie karty z macierzystego klubu nie jest odpowiednia by klub mógł czuć się zadowolony z takiego transferu.

Polska siatkówka to jedna z kilku potęg na świecie, liga jest pełna mistrzów świata, a jednak próżno nam szukać w niej zagranicznych gwiazd kalibru piłkarskiego Messiego. Bo nie stać nas na to. I to nie wina naszej ligi lecz raczej systemu. No bo skąd na to brać pieniądze? Kiedy pojawiał się wspomniany już przeze mnie dziennikarski hit pt. „Giba w Polsce” był to właśnie obraz nierealnych marzeń. Bo Giba to rzeczywiście siatkarska gwiazda najwyższego kalibru, ale czasy, w których – podobno – miał trafić do Polski były czasami jego zmierzchu a i tak nie stać było nas by opłacić jego emeryturę.

Bo jeśli ma do nas trafić ktoś ze szczytów to najbliżej nam do tych, którzy w siatkówkę grają już tylko dla przyszłości swoich dzieci, nie dla tytułów. 

Więc jeśli dziś, jako kibic, zabierasz się do tworzenia na przyszły sezon swojej drużyny marzeń mam dla Ciebie złe wieści. Rynek transferowy w siatkówce ma się nijak do tego piłkarskiego. Zawodników na rynku zagranicznym, na interesującym nas poziomie, jest kilkudziesięciu.  Chętnych klubów za to co nie miara.

Wiec możesz sobie to wyobrazić jakie mamy kategorie. Ci, których każdy by chciał w swojej drużynie ale są NIE DLA CIEBIE. Są też tacy, na których może i byłoby Cię stać ale zarabiałby więcej niż pozostali w pierwszej szóstce a on i tak na samym końcu nie będzie chciał przyjść grać do Polski. Jest później kategoria zawodników, którzy co jakiś czas trafiają do Polski, w ramach nazwijmy to promocji. Tak jak np. Lipe Fonteles, który zaliczył nieudany pobyt w Europie a chciał zwyczajnie  jeszcze raz tej siatkówki spróbować. Albo Grozer, który z roku na rok budował swoją karierę i w odpowiednim momencie trafił do Polski. Oczywiście za odpowiednią stawkę. Ani jednego, ani drugiego nie udało się jednak zatrzymać w naszym kraju na dłużej.

Bo ilu z Was nie chwyciło to za serce gdy wspomniana dwójka, wręcz ze załzawionymi oczami żegnała się z Polską mówiąc, że nie chcą ale muszą. Bo tam dają dwa razy więcej a przecież siatkarz ma szansę zarobić tak dobrze tylko raz w życiu. Do dziś pamiętam słowa Plamena Konstantinova odchodzącego do Rosji, który mówił: gdyby tu chodziło o sto tysięcy euro…

Prawda jest też taka, brutalne to lecz prawdziwe, że jeśli zawodnik ma zbliżone oferty z tętniącego życiem Stambułu, słonecznej Italii to jak myślisz na którym miejscu postawi zimę w Bełchatowie, Kędzierzynie czy Będzinie?

Mało kto zastanawia się nad tym, ale zagraniczni zawodnicy którzy przyjeżdżają do Polski oprócz zmagań z ligowymi realiami muszą zmierzyć się z czymś takim jak polska zima. Ta zimna i ta szara. Obie wersje zwykle są całkowicie nowym doświadczeniem i tylko na niewielu nie ma to wpływu.

Gdy pracujesz w takim klubie  (tak jak ja miałem okazje) jak Zaksa, albo Skra, Resovia czy Jastrzębie jesteś bogaty. Ale i biedny. Każdy z tych klubów ma ambicje, chce wygrywać ale niestety nie stać go na wszystko, co by tak na prawdę potrzebował. I każdy z tych klubów poluje na swoją okazję. Na swoją promocje.

I musicie zdać sobie sprawę z tego, że najczęściej bywa tak, że na rynku jest kilku, dosłownie kilku interesujących zawodników, którzy przymierzani są do.. wszystkich polskich klubów. Bo każdy liczy, że ta wielka promocja tym razem padnie jego łupem. Każdy klub liczy, że to jego wybierze zawodnik, często podbijając stawkę do granic swoich możliwości po czym jeden telefon z Turcji czy Rosji kończy zabawę.

Zawodników, którzy byliby rzeczywistym wzmocnieniem na rynku transferowym jest niewielu, bo to nie świat piłki nożnej. Poszczególne kraje poprzez limity obcokrajowców w swoich ligach nie wypuszczają nawet najmniejsze – ale jednak – talenty ze swoich rąk, często windując przez to kontrakty do niemożliwych do osiągnięcia granic. W Rosji zawodników, którzy mogliby zagrać w Polskiej lidze jest wielu, na żadnego nas nie stać. A nawet jeśli stać to nie byłby to transfer warty ceny.

Kluby takie jak Skra i Resovia zrozumiały, że aby mieć szansę na sukces w Europie trzeba zbudować inną strategię. Jeszcze przed playoffami w Bełchatowie włodarze mogli ogłosić wielki sukces. Argentyńscy bracia syjamscy przedłużyli kontrakty, dzięki czemu oparty na nich, na Wlazłym i Winiarskim trzon zespołu utrzymał się. A po sezonie przyjdzie czas na kosmetykę. W Resovii filozofia budowania zespołu jest inna, ale też powoli ucieka od szukania zagranicznych gwiazd na „promocyjnym” rynku.

Sytuacja z przedłużaniem kontraktów Conte i Uriarte jest jeszcze ważna do podkreślenia z innego względu. Doświadczeni włodarze Skry za wszelką cenę chcieli uniknąć jakichkolwiek problemów tego typu w trakcie najważniejszego momentu sezonu. Kluczowi zawodnicy są spokojni o swoją przyszłość i mogą walczyć o najwyższe cele. Podobnie zachował się Lotos, przedłużając kontrakt z Anastasim i jeśli wierzyć doniesieniom prasowym również z Miką. Pokazuje to, że w Gdańsku włodarze dojrzeli i są gotowi do „wielkiej” siatkówki.

Jak już pisałem dziwi mnie fakt, że oceny zwykle wystawiane są zanim przychodzi czas prawdziwych rozliczeń. Bo to, że klub X czy Y zagrał cztery słabe spotkania w sezonie odchodzi na dalszy plan w momencie gdy zdobywa np Mistrzostwo Polski. Tak samo jest z zawodnikami a najlepszym przykładem jest tu Paul Lotman. Odkąd przyjechał on do Polski sezon w sezon zbiera on raczej słabe oceny za sezon zasadniczy. Co roku głośno się mówi, że tym razem to już Resovia z pewnością się z nim pożegna. I kiedy przychodzi Money Time Paul włącza piąty bieg, podpisując tym samym parafkę pod nowym kontraktem z rzeszowską drużyną. Dlatego nie zdziwił mnie fakt, że w niedawnym półfinałowym spotkaniu pojawił się na parkiecie. I jak zwykle wykorzystał swoją szansę.

Giba do Polski nie przyjechał, bo klubów nie stać na takie inwestycje. Siatkówka nie dojrzała jeszcze do tak wielkich kroków. Kiedy w piłkarskim Realu Kaka od kilkunastu miesięcy nie pojawiał się na murawie, nikogo to w klubie zbytnio nie interesowało. Koszulki wciąż dobrze się sprzedawały. W siatkówce kluby zdane są na sponsora i muszą rokrocznie wydawać pieniądze w zasadzie do zera, by osiągać sukces na rynku krajowym.

I wspomniałem o koszulkach Kaki bo trochę zazdroszczę choćby tego jednego aspektu w naszym siatkarskim świecie. Słuchając opowieści Castelaniego z pierwszego epizodu w Fenerbahce przecierałem oczy ze zdumienia. Tam prezes piłkarskiego klubu ogłasza w FenerTV: „brakuje nam 2mln euro do transferu takiego zawodnika więc jutro uruchamiamy sprzedaż cegiełek o wartości 10 euro”. Parę dni później odbywa się konferencja prasowa by przedstawić nowy nabytek klubu. Poezja.

Do dziś kibice czują, że dalej są z boku. Są cudowni, wypełniają halę często po brzegi, ale chyba wciąż nie wierzą, że mogą pomóc drużynie inaczej niż dopingiem podczas spotkań. I wiem – doskonale zdaje sobie sprawę – że nie wszystkich na wszystko stać. Brakuje nam jednak mentalności wspólnej pracy na sukces. Bo który kibic nie chciałby w swojej drużynie Juantoreny albo Leona? A kupując koszulkę swojego ukochanego klubu może zwiększyłbyś na to szansę? Na szczęście i to się powoli zmienia. W Resovii sprzedaje się już 4000 koszulek rocznie, jak zapewnił mnie kiedyś jej prezes.

Giba zakończył karierę i temat jego potencjalnej gry w Polsce umarł śmiercią naturalną. Każdy z tych największych gwiazd siatkówki przyznaje, że gra w naszym kraju to zaszczyt i wielkie przeżycie. A na koniec wolą jechać do Korei. Bo ligę mamy na wysokim poziomie, hale zapierają dech w piersiach, telewizja ma transmisje jakich nie ma nigdzie indziej, tylko mamy w kasie milion a potrzebujemy pięć.

 

 

ps. Dwa dni później napisałem drugą część. Znajdziesz ją tutaj

16 thoughts on “Dlaczego Giba nigdy w Polsce nie zagrał

  1. Nic nowego, kto interesuje się tą dyscypliną sportu może po kilku sezonach dojść do takich samych wniosków.

    „Prawda jest też taka, brutalne to lecz prawdziwe, że jeśli zawodnik ma zbliżone oferty z tętniącego życiem Stambułu, słonecznej Italii to jak myślisz na którym miejscu postawi zimę w Bełchatowie, Kędzierzynie czy Będzinie?
    Mało kto zastanawia się nad tym, ale zagraniczni zawodnicy którzy przyjeżdżają do Polski oprócz zmagań z ligowymi realiami muszą zmierzyć się z czymś takim jak polska zima. Ta zimna i ta szara. Obie wersje zwykle są całkowicie nowym doświadczeniem i tylko na niewielu nie ma to wpływu.”

    Jeśli zawodnik przyjeżdża tutaj GRAĆ, to co dla niego za różnica jaka aura jest za oknem, jakie ogląda krajobrazy?? Ważne, że KASA się zgadza. Czas na wygrzewanie kości i oglądanie krajobrazów ma w pozostałej części roku, chyba, że gra w reprezentacji z której przecież zawsze może zrezygnować. Zresztą zima w naszym kraju powoli staje się coraz mniej zimowa.

    Giba do polski nie przyjechał, chociaż bardzo chciał. W kilku wywiadach czytałem, że obwinia o to swoich menago z tamtego okresu. I to mówi wszystko w tym temacie.

  2. Przyznam szczerze, że nigdy głębiej nad wszystkimi transferami się nie zastanawiał. Panie Oskarze, otworzył Pan nam oczy tym artykułem. Daje dużo do myślenia.

  3. Wow , przeczytałem i jestem pod ogromnym szokiem ponieważ nigdy nie spodziewałem się że aż tak wielkie kwoty różnią naszą silną ligę od np. Turcji czy Włoch. Wspaniały artykuł

  4. Dla tych ktorzy siedza w sporcie, czy to siatkowka czy cokolwiek innego to zdaja sobie z tego sprawe z tych gierek pozakulisowych. Tymbardziej ciesza zwyciestwa polskich druzyn nad krezusami, aczkolwiek fakt, jest to bicie glowa w mur, cegla sie poruszyla , wszystko sie chwieje a mur stoi. Ale jak tu sie klocic, w siatke nie da sie grac do emerytury(juz pomijam kontuzje i jak sie trzeba pozniej starac zeby wrocic do formy co nie zawsze jest takie pewne) , wiec kazdy skrobie. Zlapal forme w najlepszym czasie , ktos zapuka i sie idzie bo trzeba sie zapezbieczyc wedle przyslowia : pieniadze to nie wszystko , ale sa potrzebne.
    Jak od dawien dawna money , give me more money …..
    Czas w koncu zaczac wydobywac ten gaz lupkowy 🙂
    Bardzo fajny artykol.

  5. Mimo wszystko, myślę, że jednak kibice też „dokładają” się do zwiększenia budżetu klubu. Oczywiście nie są to takie sumy, jakie przytoczył Pan z opowieści Castelaniego. Niedawno była akcja w Skrze – szatnia na miarę mistrzów – finansowanie szatni przez kibiców. To z pewnością kropla w morzu potrzeb, jednak i takie akcje warto docenić.
    Nie zmienia to też faktu, że w Polsce jednak brakuje filantropów chcących sponsorować w jeszcze większym stopniu nasze kluby. Może to i lepiej? Może w końcu przestanie się ściągać przeciętnych z zagranicy, a zacznie się ogrywać naszych młodziaków, jak np w Politechnice. Oby takie działania odbiły się pozytywnym echem w siatkówce reprezentacyjnej.

    A wracając do tematu 🙂 – póki co siatkarskie gwiazdy możemy co jakiś czas pooglądać przy okazji Ligi Mistrzów. Niech to nam wystarczy.

    1. Kampania Funs4club bo o niej tu wspomniałaś jest świetna i daje nadzieje, że idziemy w świetnym kierunku! To dalej akcja kogoś z zewnątrz ale może dużo nauczyć!
      Polska siatkówka idzie w doskonałym kierunku, a tekst jest tylko sygnałem, że oczekiwania są często ponad możliwości.

      1. Biorąc pod uwagę, że samych shares’ów tego artykuły jest 528, mógłbym zapytać ile jest wyświetlen ?
        Pozdrawiam

        1. Tomku,
          Wolałbym nie pisać konkretnej liczby wyświetleń ale jest ona mocno zaskakująca. Przynajmniej mnie, blogowego świeżaka. Daje kopa w każdym razie 😉
          Pozdrawiam

  6. Witaj Oskar ! Cieszę się, że poruszyłeś ten temat. To co piszesz jest oczywiście prawdą, ale nie całą.

    Porównanie piłki nożnej z siatkówką jest trafne, tyle że w innych ligach siatkarskich Europy kluby też nie dostają pieniędzy za transfery. Oczywiście, akurat my żyjemy w biednym i nieatrakcyjnym turystycznie kraju, gdzie dużych sponsorów można policzyć na palcach jednej ręki, ale nie można patrzeć na finanse klubu tylko i wyłącznie przez pryzmat tego, co sypnie sponsor, a niestety 90% prezesów PlusLigi tak właśnie postępuje.

    Wiele klubów (w tym także kilka czołowych) nie ma zupełnie pomysłu na to, jak dodatkowo można zdobyć jakieś środki. Wystarczy nadmienić już samo to, że nie mają oni nawet strony internetowej w wersji językowej innej, niż Polska. To sprawia, że ograniczają się wyłącznie do kibica i sponsora krajowego, co jest ogromnym błędem w dzisiejszym zglobalizowanym świecie.
    Nie mają one sprawnych sklepów internetowych (zamówienia wysyłane są na maila, gdzie „przetwarza” je jakaś Pani Jadzia z sekretariatu i to, czy koszulka czy inny gadżet dojdzie do kibica jest już tylko kwestią szczęścia) nie mówiąc już o bardzo ubogim asortymencie (pendrive’y? naszywki? długopisy? to było dobre 5-6 lat temu, a sama ich jakość bardzo często też pozostawia wiele do życzenia). Warto tu również wspomnieć, że kibic kupując koszulkę swojego ulubionego siatkarza za 120zł, przekazuje tylko jakąś część tej kwoty do klubu (wszystko zależy od umów ze sponsorami technicznymi robiącymi stroje), więc to, że kibice Resovii co roku kupują 4000 koszulek po 120zł wcale nie znaczy, że Resovia dostaje 480000zł do swojej kasy. Nawet gdyby miała z tego 80% (w co nie wierzę, mamy jeszcze podatki i koszty stałe i zmienne w klubie) to i tak są to niestety żadne pieniądze dla klubu z ambicjami. Winni tego stanu są ludzie kierujący klubami, niejednokrotnie przypadkowi lub zwyczajnie – rodzina. Brak specjalistów widoczny jest szczególnie w klubach z dużych miast, którym powinno być dużo łatwiej w pozyskaniu kibica, a na pewno bardziej majętnego kibica.

    Nie lepiej jest w siatkarskim związku. Teoretycznie (właśnie dzięki sponsorom) jest to najbogatszy związek w Polsce, ale on sam (z perspektywy kibica, który chętnie by coś dodatkowego „pokumał”) niewiele wysila się, by rozpropagować ten sport w kraju i reklamować go za granicą.
    Również polsat, chwaląc się super super super slow motion niewiele robi, by coś więcej z tego wyciągnąć. Żadnego pomysłu na promocję, na pozyskanie większej kasy z tego, co już jest zrobione. Zabijane są wszelkie zalążki dobrych pomysłów. Filozofia „siedzę od 8-16 bo za to mi płacą” przenika każdą dziedzinę tego sportu (zresztą nie tylko tego).

    PLPS i nowy prezes Paweł Papke? Sam w programie „Polska 2014” niejednokrotnie przyznawał, że jako poseł nie był w stanie zrobić NIC, by ruszyć w sejmie projekt ubiegłorocznych siatkarskich MŚ. Dlaczego mamy wierzyć, że tym razem będzie inaczej i da radę zrobić cokolwiek więcej, niż powoływanie specjalnych „pod pod podkomisji” które tym razem w PLPSie będą sięz bierać i… obradować?

    Moim skromnym zdaniem, tak jak jako kibic pewnej drużyny nie lubię Skry Bełchatów, tak uważam, iż każdy powinien jej zarządzającym dziękować na kolanach za to, co zrobili dla Polskiej siatkówki. To oni, dzięki sprawnemu zarządzaniu, dobrym, przemyślanym sportowym i marketingowym decyzjom wprowadzili siatkówkę w Polsce na poziom, na którym ona jest. Nie ma się co oszukiwać – kibice idą za sukcesem, a największym sukcesem (tak, tak, jest jeszcze reprezentacja, ale to inna historia) naszej siatkówki jest właśnie Skra Bełchatów. Jej śladem podąża Resovia, a za nimi… długo, długo nic. Niestety.

    Przepraszam za nie do końca składną wypowiedź, ale by zawrzeć tu wszystkie powody, dla których Polska siatkówka jest silna jak nigdy ale słaba jak zawsze nie starczyłoby dnia 🙂

    pozdrawiam

    1. Witam,
      odpowiedź jest jak najbardziej składna i bardzo za nią dziękuje bo widzę, że poświęcił Pan na nią dużo czasu.
      Odpisuje po czasie, bo pisałem kolejny tekst, który chciałem jeszcze dzisiaj zamieścić a jak się okazuje jest też (w pewnych aspektach) o tym, o czym Pan napisał. Także zapraszam wieczorkiem 😉
      A teraz do rzeczy:
      Po pierwsze – system transferowy ogólnie, nie tylko w Polsce, siatkówkę trzyma za nogi i nie pozwala na wiele ruchów. To globalny problem i wymaga skutecznej reformy. Nie chciałem żeby wyszło, że to problem naszego kraju – jeśli tak wyszło – proszę mi wybaczyć.
      Po drugie – o tym piszę trochę w nowym tekście. Że jest wiele do poprawy, ale mamy wybór – albo się dołować mówiąc „wszystko źle” albo dostrzec pozytywy, a jest ich mnóstwo!

      W każdym razie: dziękuje za mądry i rzetelny komentarz. Robi wrażenie. Niestety wolałbym nie odnosić się do niego, bo ja jednak widzę siatkówkę z poziomu parkietu i tego wole się trzymać. Ale zainspirował mnie Pan! Wkrótce o tym napisze!
      Pozdrawiam

  7. Turcja ma potężne pieniądze może kupić każdego zawodnika ma też puste hale ponieważ niewielu kibiców przychodzi na mecze a chociażby u nas mamy mało pieniędzy ale mamy hale pełne kibiców i pasje do kibicowania najlepszym zawodnikom którzy u nas grają

  8. Tekst oceniam jako „strzał kulą w płot”.
    Zacznijmy od tego, że piłka kopana jest jedynym „skansenem”, w którym jeszcze(!) utrzymuje się system transferowy, tzn. że kluby „odkupują” zawodnika. Ten przeżytek jeszcze trwa, ale to „ślepa uliczka”, która wcześniej czy później będzie mieć swój kres. Prawo swobody zatrudnienia już dało po nosie „transferom”, a da jeszcze bardziej. Kwestia czasu.
    Ideałem w organizacji gier zespołowych są USA, gdzie system transferowy nie istnieje (poza pewnymi „wymianami”, niekiedy wielostronnymi, ale to margines). Siatkówka w swej organizacji, idzie podobną drogą. Kiedyś dojdziemy także do salary cap.
    Siatkówka jest najbardziej zespołową z gier. Tu nie wystarczy kupić gwiazdę, żeby być mocnym. Przekonują się o tym Turcy. Tu trzeba stworzyć zespół. Tu się nie da przyjechać na mecz reprezentacji w niedzielę, rozegrać mecz w środę i po meczu wrócić do klubu. Taki „system” (możliwy w piłce kopanej) odbiłby się bardzo znacząco na poziomie gry. Tu trzeba długo pracować z zespołem i w zespole, żeby grać na wysokim poziomie.
    Każdy z czołówki polskich klubów stać na światową gwiazdę. Leon? Juantorena? Proszę bardzo! Tylko kto obok niego? Leon zarabia w Rosji 700.000 $ za sezon. Mieści się to bez problemu np. w budżecie
    Resovii. Tylko po co? Resovia nie płaci żadnemu zawodnikowi więcej niż 300.000 euro. Taką przyjęła zasadę, bo wie, że drużyna musi się składać z kilkunastu zawodników. Byle kontuzja gwiazdy (a o kontuzje w siatkówce łatwiej niż w piłce kopanej) powoduje, z mocarza stajesz się słabeuszem.
    W siatkówce nie ma napastników. Nikt nie nastrzela goli. Nawet najlepszy „młot” sam sobie nie przyjmie, nie wystawi, nie obroni. Coroczne kibicowskie spekulacje transferowe są tylko zabawą. Pomarzyć jest fajnie, ale to tylko zabawa. W drużynie siatkarskiej niezbędna jest równowaga na każdej pozycji i każdy doświadczony kibic o tym wie. Fajno jest mieć gwiazdę, ale w dobrym zespole.
    Można dyskutować, czy zawodnicy „drugoszóstkowi” mają być dobrzy, czy tacy sobie. Jedna i druga koncepcja ma swoich zwolenników. Pierwsza utrudnia kontrakt z gwiazdami, druga ułatwia. Można wybierać. Koreańczycy zatrudnili Simona za 1.000.000 $ za sezon, ale wątpię, czy są w stanie powalczyć z naszymi średniakami. Czy Skra bez Kurka jest słabsza? Tak to działa w siatkówce.
    Kolejna spraw to pieniądze. W piłce nie biorą się one z nieba, nie biorą się z koszulek (ten rynek jest mocno przereklamowany i przeszacowany; kiedyś na łamach GW w konkretach odkłamano ten mit) czy z biletów. Biorą się z telewizji.
    W siatkówce pieniądze z telewizji to margines. Coś się zmienia (bo TVP konkurowała z Polsatem), ale powoli.
    Około 1/4 budżetu Resovii to wpływy z biletów. Gdyby Reszów dysponował większą halą (a wkrótce trybuny powiększą się do 6.000 miejsc) ten wpływ byłby większy. Niesamowite jest to, że Rzeszów został w tym sezonie „pokonany” w ilości sprzedanych biletów przez Gdańsk. Zwykły mecz ligowy Skra – Resovia zapełnił łódzką halę. Zapotrzebowanie na biletu finału Resovia – Skra w 2012r. sięgnęło 300.000 sztuk. Gdyby była taka hala, jeden mecz nasyciłby budżet na 3 lata. Rok później piąty mecz finału Zaksa-Resovia powinien być zorganizowany w Spodku. Byłby to jakiś 1.000.000 zł wpływu dla Zaksy. Z jednego meczu! Za F4 LM zapłacę 80 euro i nie jest to bilet najdroższy. Chwilowa koniunktura? Być może tak. Ale może to być też trwałe zjawisko. Spójrzmy na hale NBA. Ceny biletów będą rosły i wpływy też będą rosły. Ludzie potrzebują takiej rozrywki.
    W Polsce grały i grają gwiazdy światowego formatu: Achrem, Grozer, Ivović, Wlazły, Kurek, Winiarski, Mika, Nowakowski, Uriarte, Conte, Schoeps (życiowa forma), Ignaczak, Kooy, Łasko, Kampa, Zagumny, Abramow, Atanasijević… Bo prawdziwe gwiazdy trzeba umieć zauważyć. Nie wystarczy patrzeć, żeby widzieć. Problem w tym, że w polackim myśleniu, „jeśli ktoś gra u nas, to znaczy, że światową gwiazdą nie jest”. Iluż to „ekspertów” wysyłało Wlazłego za granicę „po naukę”… A czego to niby taki Wlazły miał się nauczyć za granicą? Czego nauczył się Kurek?
    Moim zdaniem, żaden polski klub nie potrzebuje Juantoreny (to tylko symbol), który przyjedzie, zagra, skasuje i wyjedzie. Potrzebuje Achrema (też symbol), który w Polsce „zapuści korzenie”, pośle dzieci do szkoły i nie rzuci klubu dla 50.000 euro rocznie więcej, bo wie, że w trudnej chwili ten klub się na niego (mam nadzieję) nie wypnie i te 50.000 euro odrobi wtedy wielokroć. To dzięki Achremom możemy przejąć od Rosjan i Włochów prymat w Europie i nie dać się wyprzedzić Turkom.
    Dziś nie jesteśmy w stanie dorównać w budżetach Zenitowi, Biełgorodowi, Halbankowi czy czołówce włoskiej. Zdziwicie się, ale budżet Resovii jest na poziomie niemieckich Fryderyków. I co z tego wynika? Zobaczymy wkrótce. Jeszcze Zenit pucharu LM nie podniósł do góry. Nie wiem, czy półfinał LM wygra Resovia, czy Skra. Wiem jednak, że wygra ten półfinał zespół bardzo mocny i że ten zespół będzie miał dużą szansę na zdobycie pucharu.

    1. Witam,
      Jestem pewien, że w drugiej części tego tekstu, który znajdzie Pan tutaj, można znaleźć podobne przesłanie do tego, które zawarł Pan w komentarzu. Zapraszam!
      Chętnie jednak rozwinąłbym temat skansenu transferowego w piłce nożnej. Spróbuję napisać o tym w najbliższym czasie. Bo temat salary cup w naszej lidze jest ciekawym pomysłem, ale póki co, kompletnie z kosmosu.. Pozdrawiam

  9. Witam, na wstępie chciałabym zaznaczyć, że jest to naprawdę świetny artykuł, wiele jego aspektów zostało już rozszerzonych, mnie jednak bardzo zainteresowała kwestia wpłacania gotówki na rzecz transferu…
    Być może zbiórka pieniędzy o których pan wspomniał, cytuję: ,,Tam prezes piłkarskiego klubu ogłasza w FenerTV: „brakuje nam 2mln euro do transferu takiego zawodnika więc jutro uruchamiamy sprzedaż cegiełek o wartości 10 euro”. Parę dni później odbywa się konferencja prasowa by przedstawić nowy nabytek klubu”, nie jest możliwa aż na taką skalę, tyle pieniędzy żaden klub siatkarski nie byłby w stanie zebrać…ale żaden klub nie próbował zrobić takowej zbiórki. Choć jak wspomniałam na taką dużą sumę nie ma szans, to jest to zawsze jakiś dodatkowy pieniądz, który już po części gwarantowałby pozyskanie nowego zawodnika.
    Zbiórka dochodów na budowę szatni zorganizowana przez PGE Skrę Bełchatów zakończyła się powodzeniem, zebrano nawet sumę większą od tej, jaką Klub z Bełchatowa potrzebował na taką inwestycję.
    Zdaję sobie oczywiście sprawę, że nie o takich pieniądzach jest mowa, na sprowadzenie takiej klasy zawodnika jak Leon, sumę tą wielokrotnie trzeba zwiększyć….ale jednak PGE Skra poszła o krok na przód w porównaniu do innych polskich klubów organizując taką zbiórkę, w której kibice mogli pomóc drużynie w inny sposób niż poprzez doping, a tym samym zostali oni nagrodzeni małymi upominkami od klubu i spotkaniem z zawodnikami.
    Zgadzam się również ze stwierdzenie, że ,,nie wszystkich na wszystko stać” , jest ono jak najbardziej słuszne, jednak nie mówimy tu a jakiś gigantycznych sumach, wystarczyłoby wpłacenie dowolnej sumy, jaką jesteśmy w stanie wpłacić. Jeżeli każdy kibic wpłaciłby jakąś kwotę, to zebrana ich suma w całości mogłyby na prawdę pomóc klubowi.
    Żyjemy jednak w kraju, w którym niestety nie każdemu spodobałyby się takie akcje, mogłyby one spotkać się z falą krytyki bądź nadmiernymi wymaganiami wobec drużyny, a w razie porażki doprowadzić do licznych negatywnych działań kibiców. Ale, czy nie warto spróbować ?

Dodaj komentarz