Drugi tydzień Ligi Światowej czyli ściana Seyeda

Wychodząc w czwartkowy wieczór na parkiet gdańskiej Ergo Areny nie mieliśmy pojęcia czego się spodziewać. Świadomość ciężkiej pracy, którą chłopaki zostawili za swoimi plecami w Spale dawała nam wiarę, że źle być nie może, jednak było też mnóstwo znaków zapytania.

Pierwszy raz od wielu lat, z przyczyn niezależnych od nas, nie mieliśmy szansy zagrać choćby jednej gry kontrolnej i do spotkań z Rosjanami ruszaliśmy raczej idąc w stronę ciemnej jaskini. Co więcej nie mieliśmy również pojęcia na jakim etapie, czy choćby w jakim składzie, przystąpią do gdańskiego dwumeczu nasi rywale. Oni już od wielu lat nie stosują gier sparingowych przed Ligą Światową wykorzystując maksymalnie ten czas na odpoczynek po sezonie ligowym. Mimo, że był pomysł byśmy zagrali ze sobą zamknięty sparing na dzień, może dwa, przed oficjalnym startem światówki, Rosjanie zdecydowali się konsekwentnie iść na żywioł i dopiero w czwartkowy wieczór obie ekipy mogły poznać odpowiedź na pytanie „gdzie jesteśmy?”

Szczerze powiedziawszy początek każdego sezonu to część której, z punktu widzenia mojej pracy, najbardziej nie lubię. Jak do każdego spotkania trzeba przygotować się w stu procentach a zwykle materiałów mamy niewiele. Rosjanie pierwsi w terminarzu to już prawdziwe wyzwanie. Nie grali żadnych sparingów więc o analizie pod kątem drużyny mowy być nie mogło. Musieliśmy więc improwizować bazując na spotkaniach z ligi rosyjskiej.

Nie jest to pycha ani zadufana wiara we własne umiejętności ale niezwykle dziwiło mnie podejście wielu ludzi do naszych rezultatów z pierwszego weekendu. Padały wciąż te same pytania i to kalibru: jak to jest pokonać dwa razy Rosjan? Czy spodziewaliście się tego?

Po pierwsze, jak już wspominałem wcześniej, wiedzieliśmy ile pracy włożyliśmy w przygotowania ale nie wiedzieliśmy jak zaprezentujemy się na tle innej drużyny. Nawiasem mówiąc to dalej nie znamy stuprocentowej odpowiedzi. Taki jest po prostu początek każdego nowego sezonu.

Bardziej dziwił mnie jednak fakt ogólnego zdziwienia, że tak łatwo przyszło nam pokonać tę-wielką-Rosję. Odpowiadając że nie zrobiło to na nas większego wrażenia niż zwykle widziałem zdziwienie na twarzach pytających. Ale jak to ? My Rosję? A przecież to w końcu my jesteśmy Mistrzami Świata. I to my wygraliśmy z nimi dwukrotnie w poprzednim sezonie.

Pisałem o tym w Drodze do Rio. (Przeczytaj!) Może skład zespołu się zmienił, ale nie jego duch i charakter. My wciąż  jesteśmy drużyną która chce wygrywać, która ma na celu być każdego dnia lepszą i drużyną, która w zeszłym roku nauczyła się wygrywać. Więc dlaczego tak dziwne jest pokonanie – i to na własnym parkiecie – Rosję, której skład od tego, który w Londynie zdobywał olimpijskie złoto różni się zdecydowanie bardziej niż nasz do tego z katowickiego Spodka?

Rosjanie w miniony weekend – jak zapewne napisałby to Krzysiek Ignaczak – to była raczej historia pt. „stary niedźwiedź mocno śpi” i dopiero drugiego dnia, uruchamiając plan awaryjny, włączyli się do gry. Ale na szczęście to było za mało na nasz zespół.

Pierwsze spotkanie to był pokaz nowego oblicza polskiej siatkówki. Doskonale zagrywaliśmy, zwłaszcza floatem, z którym Rosjanie kompletnie nie mogli sobie poradzić. Kiedy już przyjmowali – do głosu dochodziła nasza defensywa rozstrajając i dobijając tym samym zespół Woronkowa.

Kiedy naszą reprezentacje prowadził Andrea Anastasi mówił o pewnych planach na grę defensywną zespołu. Jego ideą było min. 6 obron w każdym secie. To bardzo dużo i do tej pory mało kiedy zbliżamy się do takich statystyk. W czwartek osiągnęliśmy dokładnie ten poziom co kompletnie podcięło skrzydła rosyjskim atakującym. Nasza gra mogła się podobać.

Piątek był już jednak inny. Po pierwsze – właśnie w defensywie – nie szło nam już tak dobrze. Głównie za sprawą Sivozheleza, który wchodząc na parkiet mocno poprawił rosyjskie przyjęcie. W zasadzie za nieco dziwną trzeba też nazwać decyzję Woronkowa, który w czwartek zdecydował się, że na pozycji libero zagrał Obmochayev. W piątek to Werbov wraz ze wspomnianym Sivozhelezem zdecydowanie podnieśli poziom przyjęcia drużyny rosyjskiej a ten doświadczony libero dodał też kilka kapitalnych obron, które i nas potrafiły wyprowadzić z równowagi.

Plan awaryjny Rosjan był jak zwykle niezwykle prosty. Po kolei, jeden po drugim, stawali w polu zagrywki i – jak to ładnie nazywamy – żaden ręki nie wstrzymywał. Grało się zdecydowanie trudniej ale wygrana po tie-breaku była zdecydowanie wartościowszą nauką niż czwartkowy mecz, który – nie boje się tak tego nazwać -był do jednej bramki.

 

Pięć punktów po pierwszy weekendzie to świetny kapitał, ale z pewnością nie wiemy jeszcze na co nas stać. Rosjanie również są na samym początku przygotowań, a kilku z kluczowych graczy zostało w kraju. Rozpoczynający się dzisiaj w Częstochowie dwumecz z Iranem z pewnością pomoże nam bliżej poznać nam nasze mocne i słabe strony. Tak by w Japonii wszystko już było gotowe i działało w stu procentach.

Iran przyjechał do Polski ze słonecznej Kalifornii gdzie dwukrotnie dostał lanie od kapitalistycznego imperialisty co z pewnością nie podobało się kilku osobom w ich kraju. Różnica poziomu była spora i z pewnością Amerykanie w pierwszym tygodniu zrobili na wszystkich największe wrażenie.

Nie umniejszając tej drużynie, bo będzie to jeden z głównych faworytów zarówno tegorocznych rozgrywek jak i samych Igrzysk w Rio, nie można też wyciągać wniosków z dwumeczu z Iranem. Tak się złożyło, że nasza grupa w komplecie będzie walczyć w Japonii i każdy przygotowuje się właśnie pod ten turniej. Szczyt formy musi nadejść dopiero za jakiś czas. Amerykanie by móc w ogóle tam pojechać musieli wywalczyć sobie do tego prawo. Turniej kwalifikacyjny odbył się tuż przed początkiem Światówki i dlatego tak wyraźnie górują nad wszystkimi poziomem. Oni musieli być już w formie bo brak awansu do Pucharu Świata okazałby się dla nich wielką klapą.

Do Częstochowy przyjechaliśmy w świetnych nastrojach, po dwóch dniach przerwy, ze świadomością, że choć bardzo udanie to ten sezon dopiero się zaczyna. Tydzień pod Jasną Górą to dla nas ostatni moment na „doładowanie do pieca” bo wkrótce zaczynamy trzytygodniową tułaczkę po świecie gdzie nie będzie już miejsca na solidne trenowanie. Dlatego dzisiejsze i jutrzejsze spotkanie jest po raz kolejny dla nas zagadką. Chłopaki z pewnością czują w nogach treningi, które mamy za sobą i forma może falować.

Iran to niezwykle trudny rywal, który zwykle był mocno niedoceniany. Dopiero ich postawa podczas ubiegłorocznych Mistrzostw Świata została zauważona i nikt już ich nie lekceważy. To klasowy zespół z wieloma doskonałymi graczami na czele których stoi rozgrywający Marouf. Mimo, że o nim zwykle najczęściej się mówi to trzeba też zwrócić uwagę na środkowego Seyeda. Dziś kiedy mówi się o optymalnej technice i poruszaniu w bloku to jego używa się jako wzoru. Pamiętam jak w zeszłym roku w dwóch tylko spotkaniach w Teheranie zablokował nas 11 razy. To światowy numer jeden jeśli chodzi o blokujących i dużo czasu spędziliśmy na przygotowaniach do walki z jego „ścianą”. Mam nadzieje, że nam się to uda.

Tak jak wspominałem przed nami trzytygodniowa podróż poza granicami kraju. To tam dopiero poznamy odpowiedź jak silny jest obecnie nasz zespół. To właśnie tam dowiemy się czy nasz mały cel, awans do Final Six w Rio, jest realny. Dziś jednak koncentrujemy się na zespole z Iranu bo punkty zdobyte na własnym terenie są zwykle najważniejsze. Dlatego liczymy, że z Waszą pomocą zagramy w Częstochowie dwa świetne spotkania. Prywatnie tutejsza hala na zawsze będzie w mojej pamięci. Tutaj wraz z Zaksą zdobyliśmy pierwszy z dwóch Pucharów Polski w 2013 roku. Mam nadzieje, że znów będzie szczęśliwa.

One thought on “Drugi tydzień Ligi Światowej czyli ściana Seyeda

  1. Z Iranem wygraliśmy z Rosją też. Nasz zespół jest naprawdę silny. Niestety z USA nam się nie udało. „Chciałeś wycisnąć Ananasa, Ananas wycisnął Ciebie.” -W. Drzyzga. Miejmy nadzieję, że mimo tych przegranych meczów, uda nam się wygrać pozostałe i zrewanżować się Amerykanom w Polsce 😀
    http://oczymakibica.blogspot.com/

Odpowiedz na „Oczyma KibicaAnuluj pisanie odpowiedzi