Jedz i biegaj – recenzja

Jedz i biegaj (Eat and Run)
Scott Jurek, 2013, wyd. Galaktyka

To książka dla:

– biegowych wyjadaczy, znudzonych kolejnym maratonem w mieście
– szukających kolejnych potwierdzeń, że ogranicza nas tylko nasza podświadomość
– lubiących ekstremalnych bohaterów

W czasach, w których aby spróbować sił w czymś, co do tej pory było dla nas nieznane, potrzebujemy bardziej autorytetów niż kiedykolwiek. Coraz częściej rola superbohatera jest kluczowa by pokonywać nawet te zwykłe, przyziemne problemy.  Szukamy porady u ekspertów nawet gdy potrzeba wymienić baterię w pilocie.

Jeśli czytasz Biegowego Oskara to wiesz, że wiele czasu poświęcam inspiracjom i motywacji. Bo pasję trzeba wyhodować a później pielęgnować. By nie porosła chwastami.

Być może – tak jak ja –  jesteś na początku swojej biegowej przygody. A być może jesteś na początku przygody z weganizmem. I jeśli szukasz kogoś, kto da Ci dawkę potrzebnej inspiracji, to musisz uważać, Scott Jurek może nie być dla Ciebie. Chyba, że uwielbiasz popadać ze skrajności w skrajność.

Zaczynając bieg marzysz by nie spłonęły Ci płuca. Później jest pierwsze dwadzieścia minut i pierwsza satysfakcja, aż w końcu możesz liczyć treningi w kilometrach i zaczynasz czuć, że świat staje przed Tobą otworem. Biegowy świat.

Jeśli przed pierwszym w życiu ultramaratonem nie dzieli Cię kilka tygodni, a raczej biegowe lata świetlne, Scott Jurek będzie dla Ciebie raczej antybohaterem. Bardziej człowiekiem z kategorii złych czarowników, niż tych, którzy popchną Cię do wyjścia na pierwszy w życiu bieg, i to w w dodatku gdy pada ostry deszcz.

Biegowy świat w pewnym momencie otwiera się tak mocno, że – zwłaszcza teraz gdy bieganie stało się wręcz narkotyczną modą – trzeba mocno uważać by nie stać się Forrestem Gumpem. Bo bieganie uzależnia. Trzeba być czujnym by biegając w poszukiwaniu lepszego życia, tego życia zwyczajnie nie przebiec. I nagle zatrzymać z poczuciem pustki i pytaniem, po co ja właściwie to robię? Tak jak Forrest.

Kiedy więc dziś patrzysz na mnie raczej ze zdumieniem myśląc „jak mu tak się chce” zrozum, że zbliżając się do tysiąca treningowych kilometrów czytałem tę książkę, myśląc i głośno nazywając Scotta Jurka „psycholem”.

Książka to opis biegowej kariery biegacza, który szuka wciąż swoich granic. Tylko, że patrząc z naszej perspektywy, to nie przejście granicy z Ukrainą, która jednak jest na wyciągnięcie ręki, a raczej horyzont lodowych przepraw na Morzu Czukockim. Niby wiemy o co chodzi, ale trzeba sprawdzić na mapach googla.

Opis biegów liczonych w setkach kilometrów, z miejsc, które temperaturą przypominają bardziej piekło niż normalne „ludzkie” warunki, może okazać się raczej gwoździem do trumny każdego kto właśnie zaczyna swoją biegową podróż. Jeśli chcesz przeczytać tę książkę, bierzesz to na własną odpowiedzialność.

Przekraczając pewną biegową barierę, o której przed chwilą pisałem, zaczynasz układać sobie w głowie plany gdzie chciałbyś sobie pobiegać. Zaczynasz od najbliższej okolicy, później chcesz obiec swoje miasto a jeśli masz na tyle wyobraźni zaczynasz planować biegi po różnych ciekawych miejscach, tak jak ja mam dziś marzenia o bieganiu w Norwegii.

W żadnych z tych marzeń, moich czy Twoich, nie pojawia się z pewnością myśl, żeby sprawdzić się w biegu dwudziestoczterogodzinnym. Mimo, że bieganie pokochałem, jest to dla mnie raczej opowieść na skraju absurdu. Biegać po milowej pętli aż skończy się czas. No i sprawdzić czy to było dwieście trzydzieści czy może dwieście osiemdziesiąt pięć kilometrów. To – przepraszam za stwierdzenie – nie jest bajka dla normalnych.

Zbyt niebezpieczna staje się ta opowieść.

Tak trochę w amerykańskim stylu Scott Jurek opowiada o tym jak przełamywał kolejne bariery. Opowiadał o biegu z kontuzją kostki i o tym, że wszystko można przezwyciężyć. I oczywiście ma racje. Wszystkie ograniczenia, które nas blokują są tylko i wyłącznie w naszej głowie. Forma przełamywania tych granic przez Jurka jest jednak zbyt ekstremalna by zwykłego śmiertelnika namówiła do prostych zmian w swoim życiu.

Bo Jurek szuka w tej książce, jak i w całym swoim życiu, wielu odpowiedzi, na pytania które boi się wypowiedzieć na głos. Chowa się też często pod maksymą narzuconą mu przez jego ojca: „czasami tak trzeba”. I trochę żałuje, że jednak w tej książce zamiast kilku opisów morderczych wyścigów mniej, Jurek nie poszukał głębszego sensu w tym co robił. W tym biegu do zarzygania. (Tak, do zarzygania).

Są dwa takie fragmenty, w których książka zaczyna być głębsza, i od razu staje się o wiele bardziej inspirująca. Rozdział o wyścigu z Indianami z plemienia Tarahumara odwołuje się do sensu biegania, w kontraście z codziennym życiem w cywilizacji. Opis Spartathlonu daje „zwykłemu” biegaczowi cel i -wreszcie! – inspiracje, by odłożyć go do zakładki „kiedyś i ja to przebiegnę”.

Największą rysą w tej książce jest moment, w którym umiera matka Jurka. Kiedy zaczynasz rozumieć dlaczego Scott poświęcił swoje życie na przełamywaniu barier, kiedy wzbijasz się na wysoki poziom empatii, mocno współczując mu tego co właśnie zostało opisane, sam autor wciska nam przepis na kolejną super wegańską przekąskę. Coś w stylu relacji z pogrzebu papieża, która nagle przerwana jest reklamą wybielacza. Ciężko to przełknąć. Amerykański kicz i to w najgorszym wydaniu.

Bo ta książka ma oprócz biegowych opowieści również wegańskie przesłanie, które jest kompletnie chybione. Koncepcja zakłada, że każdy z rozdziałów (niestety – jak to pisałem powyżej – każdy) kończy się przepisem na jedną z ulubionych potraw Jurka. Mając za sobą Ukrytą Siłę Richa Rolla muszę stwierdzić, że i tym razem Jedz i Biegaj wygląda mizernie.

Jeśli szukasz inspiracji do biegania, w moim przekonaniu w tej książce jej nie znajdziesz. Granica między czerpaniem przyjemności z samego ruchu a samookaleczaniem się za grzechy tego świata została przekroczona. Jeśli szukasz inspiracji do kuchni wegańskiej zdecydowanie trafniejszym wyborem będzie Rich Roll, który przeniesie Cię w bardziej metafizyczny świat, nie proponując przy tym ucieczki z życia codziennego.

Każdą książkę warto przeczytać, a samemu Jurkowi trzeba z pewnością oddać cześć i chwałę za te wszystkie setki kilometrów na trasie, których nikt przeciętny by nie osiągnął. Jednak nie każdy jest na taką książkę gotowy. Jeśli chcesz zacząć biegać to tym razem po prostu załóż buty i wyjdź z domu to zrobić. Ta książka jest zbyt niebezpieczna!

Dodaj komentarz