Na co choruje Skra?

Pisząc o zajętym przez Polaków Berlinie wspominałem, że obie drużyny, Resovie i Skrę, nie dzieli zbytnia różnica i w rzeczywistości tak jest, jeśli tylko obie ekipy  są – nazwijmy to- zdrowe. Skra, chyba wypada to powiedzieć, zachorowała, ale to nie wirus pt. „winny jest trener, prezes, czy zawodnik X” a zwykła grypa, która, na nieszczęście bełchatowian, przytrafiła się w najgorszym dla nich momencie. Stąd dominacja rzeszowian i ich zasłużony awans do finału.

Temat przysłowiowej choroby, która tym razem zaatakowała bełchatowską Skrę jest znany każdemu trenerowi sportowemu, nie tylko siatkarskiemu. Coś co potocznie można nazwać pewnością siebie, buduje się często miesiącami -a przecież w przypadku Skry ta pewność jeszcze nie dawno była – a traci się ją czasem w oka mgnieniu. Trochę to jak krzesanie ognia kamieniem o kamień. Zajmuje Ci to ogrom czasu, jedni robią to szybciej niż drudzy, ale jak na moment nie przypilnujesz, zaraz musisz zaczynać od nowa. A czasem po prostu spadnie z nieba deszcz. I wtedy o ten ogień jest jeszcze trudniej, bo wszystko wilgotne. I chyba tak jest w tym przypadku. Skra ma dużego pecha, a to ciągnie za sobą spore konsekwencje.

Wyrok jeszcze nie zapadł. Z resztą o jakim wyroku ma tu być mowa, skoro zespół Falasci awansował do turniejów finałowych Ligi Mistrzów, Pucharu Polski i wciąż ma szansę na awans do finału Mistrzostw Polski. Wirus niepewności, który wdarł się w szeregi ekipy z Bełchatowa, jest jednak na tyle silny, że dzisiaj raczej mamy do czynienia z bokserskim liczeniem, Skra jest na deskach i nie wiele brakuje by ekipa Anastasiego dokonała niemożliwego. Pokonała wielkiego mistrza.

A to w sporcie przecież zdarzyć się może. Przyczyn może być wiele, a czasem ciężko jednoznacznie znaleźć winnego. Bo czasem ich po prostu nie ma, i tylko publiczność zgromadzona w Koloseum domaga się krwi. Wtedy trzeba rzucić kogoś na pożarcie. Na szczęście w tym wypadku tak nie będzie. Chociaż.. właśnie zaczynam dzielić skórę na niedźwiedziu. Nie skreślajmy tego zespołu.

Jakie są przyczyny choroby Skry?

Kontuzje Winiara.

Możecie wierzyć lub nie, ale praktycznie każdy trener buduje skład wg zasady: ten do szóstki, a ten do ewentualnej pomocy. W przypadku Skry nie jest żadną tajemnicą, że w teorii zespół budowany był pod parę przyjmujących Winiarski – Conte.

Niestety pech Michała nie opuszcza. Plan runął w momencie gdy kontuzja goni kontuzje i już nie sposób nawet policzyć ile spotkań opuścił, a skoro w Berlinie, w meczu o brąz nie pojawił się nawet na chwilę, można przypuszczać, że jego stan jest daleki od ideału.

W trakcie sezonu nominalny zmiennik Winiara Marechal grał doskonale, stając się cichym bohaterem drużyny, jednak im wyższa stawała się stawka tym bardziej dostawał zadyszki. Wygląda na to, że jeszcze nie jest gotowy by wziąć na swoje barki rolę Winiarskiego.

A to nie koniec wyliczanki. Po tym jak Skra w zasadzie nie mogła skorzystać w pełni z Winiarskiego, a Marechal nie może złapać oddechu, do tej pory wiodący lider zespołu Conte również zaczął się mylić. To reakcja łańcuchowa, zwłaszcza, że na drugim skrzydle – ale o tym za chwilę – Wlazły również pechowo nękany wszelakimi dolegliwościami, nie jest w stanie na dzień dzisiejszy odciążyć, zmęczonego walką Conte.

Być może to nadinterpretacja, ale od momentu afery koszulkowej Conte gra dużo bardziej nerwowo, popełnia o wiele więcej błędów własnych (ale o tym również za chwilę) przez co zespół również ma ogromne problemy ze skutecznością.

Dołek Wlazłego.

Mariusz od jakiegoś czasu boryka się – podobnie jak Winiar – z wieloma problemami zdrowotnymi. I nie może – jak to ładnie kolokwialnie można nazwać – zapalić silnika. Był taki moment, gdy w czwartym secie pierwszego meczu z Lotosem poszedł na zagrywkę by, jak się wtedy wydawało, zakończyć piękną serią ten mecz, jednak okazało się, że był to tylko chwilowy przebłysk jego geniuszu. Za chwilę Troy z drugiej strony siatki odpłacił się podobną serią doprowadzając do piątego seta, a Mariusz jak do tej pory, choć dwoi się i troi, nie może złapać odpowiedniego rytmu.

Nie mówimy tu jednak o fatalnej grze. Ta gra nie jest taka, do jakiej nas przyzwyczaił. To zawodnik, który zwykle robi tzw. różnicę. A dziś tej różnicy nie widać. Dlatego też Skra ma kryzys na drugim skrzydle. W siatkówce często mamy do czynienia z niewidocznymi gołym okiem reakcjami łańcuchowymi, takim efektem motyla. Jedno pociąga za sobą drugie. I tak jest w tym przypadku.

Nieczynna armata.

Odkąd pamiętam gra Skry charakteryzowała się dwoma, jakże banalnymi, ale niezwykle trudnymi do opanowania, cechami. Kontrolowała swoją fazę przyjęcia, rzadko myląc się w ataku. Rywal nieskutecznie próbował ich złamać po czym bełchatowianie szli na zagrywkę bombardując jeden po drugim zagrywką, szybko tłumacząc kto w tym meczu rozdaje karty.

Nawet jeśli był to mecz o tzw. „pietruszkę” z kolejnym ligowym średniakiem, gdzie trudno było się im do końca skoncentrować, gra toczyła się zwykle punkt za punkt aż do końcówki, gdzie szedł taki Wlazły i robił wspomnianą różnicę. Pamiętam taki mecz z zeszłego sezonu i jestem pewien, że Kuba Bednaruk również. Skra grała z Politechniką i ta druga prowadziła 24-22 w pierwszym secie. Kuba wziął dwa czasy z rzędu, bo na zagrywce pojawił się Wlazły. Cztery kolejne bomby wyjaśniły kto jest w tym meczu lepszy. Akademikom brakło już motywacji do walki.

Wspomniany wcześniej Marechal wygrał w sezonie zasadniczym klasyfikacje najlepiej zagrywających, mając średnią ponad 1,5 asa na mecz. W spotkaniach półfinałowych z Treflem i tych w Berlinie zaliczył ich tylko trzy. Można byłoby wymieniać tak dalej, ale przekaz jest prosty.

Dziś Skra obniżając loty w polu zagrywki pozwala rozwijać skrzydła rywalom. A na tym poziomie rozgrywek zespoły mają już czym atakować. Do tego bełchatowianie nie są przyzwyczajeni. To oni zwykle dyktują warunki gry.

Niepewność.

Ostatni raz widziałem na żywo Skrę w pierwszym ćwierćfinale w Kędzierzynie. Zaraz po meczu Kamil Sołoducha, pokazał mi jedną rubrykę w statystykach: błędy i bloki w ataku. Łącznie: 1. Dołożył do tego coś w stylu: z tak grającą Skrą nikt nie ma szansy wygrać.

W wymienionych pięciu spotkaniach bełchatowianie popełnili w sumie tych błędów 75, co daje średnią 15 na mecz. Dla jednych zespołów to liczba – powiedzmy – normalna choć wysoka, ale dla Skry to oznaka słabości. Dziś nie czują się pewni, a świadczy o tym choćby pierwsza piłka setowa w czwartej partii przeciwko Berlinowi. Zwykle Conte „zjada” takie akcje z uśmiechem na ustach, tym razem posłał piłkę w aut. Uciekła bełchatowianom kultura i jakość gry i, co najgorsze dla każdego trenera, nie ma jednej, skutecznej recepty na jej odzyskanie.

W takich chwilach łatwo polować na czarownice i szukać winnego. W tej sytuacji takiego nie ma. Podobnie jak w Jastrzębiu plan na drużynę został mocno zachwiany w momencie gdy kluczowi zawodnicy borykają się z problemami.

To jest taki moment, który ja osobiście uwielbiam. Przychodzi jeden z drugim i zadają pytania w stylu. To źle, to źle, to źle, więc jak żyć panie Premierze by było lepiej? Jedni na to mówią, że wpadasz w tilta, inni, że ciągnie się za Tobą czarna smuga i tak na prawdę istnieje tylko jedna skuteczna metoda by to wszystko przerwać. Wygrać jedno, dwa spotkania.

Dla Skry, niestety moment gdy wpadł do ich szatni wirus, który czasami zaskakuje wszystkich, nawet tych co w lecie dla przestrogi noszą na głowie czapkę, jest niefortunny. Trefl walczy o historyczny finał. W weekend najpierw Resovia a później Berlin tworzyli również swoją historię. Nikt już teraz nie poda im ręki. Ale pisałem już o tym. Skra to wielki czempion. Nawet jak nie grają zbyt dobrze, wiedzą jak przetrwać i pokonać rywala. Nie przekreślajcie ich zbyt wcześnie.

 

8 thoughts on “Na co choruje Skra?

  1. Szkoda, że tylko 4 miejsce zajęli w FF, nie zmienia to faktu, że ten kryzys trwa od paru ładnych meczy. Wszystkiego na Winiara zwalać nie można, ani na Wlazłego. Mariusz utrzymał bardzo dobrą dyspozycję w MŚ, jak również później w Skrze, powoli myślę dopada go zadyszka.
    Wiadome jednak jest to, że zarówno kibice, sztab szkoleniowy, jak i wielu z zawodników Skry uważa, że należy im się wszystko. Przegrywają- ich zdaniem powinni wygrać. Zawsze tak było, jest i prawdopodobnie będzie. Dodatkowo nie ważne czy kryzys za chwile zażegnają, nawet jak będą grali na wysokim swoim „pułapie” to i tak łatwo im z Lotosem nie będzie… Lotos nie jest słabą drużyną, wręcz uważam, że bardzo mocną. Niebawem się okaże, czy półfinałowa rywalizacja tejże pary w Pluslidze zakończy się już w sobotę, czy potrwa nieco dłużej 🙂

    1. Nikt tu na Winiara czy Wlazłego winy nie zrzuca. To po prostu obraz tego co trafiło się Skrze. Trudno doszukać się winnych w takiej sytuacji.

    2. trefl nie jest mocna drużyna, nie powiedziałbym o niej silna-jedynie to ze mogą grać na większym luzie bo nikt od nich nie bedzie wymagał więcej, a i za złe miec nie bedzie jak przegrają.

      1. Kamilu,
        To sport, a w nim nie wygrywa się potencjałem na papierze a na parkiecie. Oczywiście, że Skra jest o wiele silniejsza, ale to Trefl póki co wykorzystuje swój potencjał w 100%. Dlatego zaszedł tak wysoko. To piękno sportu, że swoją wyższość trzeba pokazać na parkiecie. Czy nie dlatego tak go kochamy?

  2. Sobotni mecz będzie na pewno pełny emocji. Z jednej strony zgadzam się z tym, że Trefl jest słabszy ale nie pozostawia złudzeń fakt że prowadzi w rywalizacji 2:1. Tak jak wspomniał Pan Oskar, dużo będzie zależało to co pokażą na boisku. Ja akurat w tym spotkaniu nie mam faworyta, bo oba kluby pokazują doskonałą grę, wszystko okaże się w sobotę.

  3. Złoto MŚ kosztowało SKRĘ finał MP, a być może i złoto MP. Złoto za złoto. Dla mnie z daleka to dość oczywiste, mam nadzieje, że wnioski w tym klubie będą pozytywne, oby Falasca nie zapłacił za błędy prezesa, miło, że wziął winę na siebie, ale wina nie jest jego 😉

Dodaj komentarz