Twierrdza Rzeszów kontra NBA czyli finały PlusLigi

Jest tak wiele złego do powiedzenia o obowiązującym systemie rozgrywek, że łatwo jest się zatracić, popłynąć z prądem i nie zauważyć tego co pozytywne. Bo jednak coś się znajdzie.

Trzeba przyznać, że ten sezon uraczył nas niespodzianką tak wielkiego kalibru, a mówię tu o awansie Lotosu Trefl Gdańsk do finału, że trudno by szukać w historii podobnego przypadku. A na pewno nie w ostatniej dekadzie. Bo siatkówka to tak trudny i skomplikowany sport, że raz przypadkiem strzelba może wystrzelić, ale gdy w grę wchodzi trzykrotna wygrana Kopciuszka, w dodatku z Mistrzem Polski, to rzecz z kategorii Mission Impossible. Takie są reguły tej gry. A te gdańszczanie właśnie złamali.

Doszukiwać się i dopisywać niepotrzebnych historii można wiele. A było tak zwyczajnie. Anastasi, w oparciu o Mikę, Troya i Gacka, zbudował drużynę mogącą wszystko. Kopciuszkiem Trefl już dawno przestał być, choć – by to potwierdzić i wysłać wiadomość do siatkarskiego ogółu -potrzebował właśnie takiego półfinału. Dziś gra o złoto, a już wkrótce powalczy też i o Puchar Polski.

Bezpośrednio system rozgrywek o tym nie zadecydował. Zadecydowali Mika i spółka. I piłka Mikasa obita bezczelnie o ręce bełchatowskiego bloku, dając tym samym upragniony awans oraz medal Mistrzostw Polski. Pośrednio system jednak wpłynął i wpłynąć na właśnie zbliżający się finał również może. Bo w natłoku negatywu są i pozytywy. Ale po kolei.

Kiedy, jak to się mówi w żargonie siatkarskim, siatkarze Skry „oddychali rękawami”, gdańszczanie wydawali się niewzruszeni napiętym kalendarzem rozgrywek. I mimo, że każdy z nas, wręcz od samego początku ligi, czekał na moment kiedy wreszcie ten magiczny sen się skończy, ten dzień nie nadchodził. I wciąż trwa. Już o tym pisałem, myląc się tym samym jak większość, trudno było uwierzyć, że zespół opierający się w zasadzie na siedmiu zawodnikach jest w stanie podołać trudom takiego sezonu. Każdy kolejny mecz miał być tym ostatnim. Tym, w którym w końcu zacznie im brakować sił, a ligowi dotąd średniacy zaczną wreszcie się mylić. Jednak gdańszczanie oszukali przeznaczenie  idealnie wykorzystując przywilej nie grania w europejskich pucharach.

Zakochując się w bieganiu jedną z najważniejszych zasad jakie musiałem się już na samym początku przyswoić to ta, że od samego biegu ważniejsze jest to, jak po nim odpoczywasz. I dokładnie tak było w przypadku gdańszczan. W stu procentach wykorzystali okres, w którym nie grali. No i  wystarczyło siedmiu muszkieterów. Kiedy Skra jechała do Berlina walczyć na drugim froncie, siatkarze Trefla cieszyli się kilkudniowym wolnym od siatkówki, wykorzystując nawet cudowną pogodę i warunki, jakich w innych siatkarskich miastach nie uświadczysz.

Napięty kalendarz rozgrywek z pewnością pomógł gdańszczanom, choć oczywiście ich gra na parkiecie była decydująca. Dokonali rzeczy niemożliwej i już dziś, przed finałem, przeszli do historii.

Dziś, na dosłownie kilka godzin przed pierwszym finałowym spotkaniem, jeszcze jedna zmiana w systemie rozgrywek znów jest po stronie gdańszczan. Władze PlusLigi, decydując się na zmiany w systemie rozgrywania samych playoffów pozwoliły, by do samego końca rywalizacja -przynajmniej w teorii – może być wyrównana. Bo wcześniej nie zawsze tak było.

Oczywiście, jak historia pokazała, na Podpromiu można wygrać nawet dwa spotkania. Rok temu wraz Zaksą dokonaliśmy wręcz niemożliwego. Potem też – niestety – pokazaliśmy światu, że jesteśmy zdolni do wszystkiego, marnując taką zdobycz, ale nie o tym tu mowa. Lepiej do tego nie wracać.

Kiedy przez lata system rozgrywek powodował, że Kopciuszek jechał na początek rywalizacji do tego silniejszego na dwa spotkania, w zasadzie scenariusz był z góry znany. Dobra walka na początku pierwszego spotkania, dwie wyrównane końcówki, a na końcu Goliat zwyciężał. Na drugi dzień, jak to mówimy  większy „poprawiał” i w zasadzie na tym kończyła się rywalizacja. Bo ciężko wyrwać się z jarzma 0-2, a trzeci mecz był zwykle tylko formalnością.

Oczywiście w przypadku rywalizacji Skry z Resovią nie można mówić o walce Dawida z Goliatem, ale to rzeszowianie, startując przecież do z góry przegranej rywalizacji, dokonali kilka lat temu niemożliwego. Przełamali wieloletnią hegemonię bełchatowskiej Skry wygrywając dwa spotkania w bełchatowskiej hali Energia. Dzięki temu zdobyli pierwszy, z dwóch ostatnio zdobytych, tytułów Mistrza Polski. Rok później Zaksa również nie wykorzystała przewagi własnego parkietu, ale może i o tym nie rozmawiajmy…

Przez wiele, wiele lat system rozgrywek dający silniejszym możliwość rozegrania dwóch pierwszych spotkań u siebie w zasadzie drogą naturalną uśmiercał rywalizację. Jak pisałem powyżej, zdarzały się wyjątki od reguły, jednak – jak wiadomo – to właśnie wyjątki te reguły potwierdzają.

Dziś Lotos Trefl, z oczywistych względów – gorszego miejsca w rundzie zasadniczej – rozpoczyna finały w paszczy lwa, ale później wróci do swojej Ergo Areny. Trójmiejskiej hali, gdzie małymi krokami kibice zaczynają ją zapełniać, a sam zespół, przynajmniej w rywalizacji ze Skrą, wreszcie ją odczarował. I nauczył się wykorzystywać jej atuty.

TwieRRdza Rzeszów to piekielnie trudny teren. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że raczej w przeszłości łatwo dałem ponosić się emocjom. Bodaj pięciokrotnie z rzędu – i nie ma się tu czym chwalić – w tej hali wdawałem się w tzw. „pyskówki” z rzeszowskimi kibicami. Bo oni są tam dla tego klubu, nazwijmy to po imieniu, na śmierć i życie. 

Przenosząc się zza band na ławkę rezerwowych było mi o wiele łatwiej tę serię w końcu zakończyć, ale dziś też jestem o wiele bardziej stonowanym człowiekiem. Mimo to, dalej potrafię doceniać to co dzieje się w rzeszowskiej hali. Bo dzieją się zwykle niesamowite rzeczy.

Jest taki moment, który kilkakrotnie miałem okazję już na Podpromiu przeżyć. Szczerze go nienawidzę. Kiedy udaje Ci się zdobyć kilku punktową przewagę ta hala na moment milknie. Zaczynasz czuć, że już prawie wyrwałeś Resovii seta, że oni chwieją się na nogach i że masz to, czego chciałeś. Masz przewagę i musisz ją tylko utrzymać przez kilka następnych minut. Nie potraficie sobie wyobrazić jaka to jest presja.

No i się zaczyna. Idzie od nich jeden, jeb, as. Z pięciu punktów robią się cztery. Za chwilę niewidoczny do tej pory Igła broni przypadkową piłkę, wystawa do Schopsa, a ten – klasycznie – po rękach w aut. I wtedy słyszysz ryk: „Mistrz! Mistrz! Resovia!” Nogi robią się miękkie. (Dopisałbym, że serce zaczyna bić mocniej ale to nieprawda. Ono mocniej bije od samego początku) Akcje później Igła już macha tymi swoimi rączkami do wszystkich na hali i nagle z pięciu punktów na plusie, robią się dwa na minusie. I kończy się właśnie set. I właśnie przegrałeś. W następnym secie może będziesz miał kolejną szansę, a może i nie. I będziesz musiał czekać na kolejny mecz. Mistrz! Mistrz! Resovia!

A wcale nie musi iść żaden z nich na zagrywkę. Był taki mecz, w którym w pełni kontrolowaną przez nas sytuacje zakłóciło kilkunastu kibiców. Zaczęli krzyczeć do Kowala „weź challange”, ten zaryzykował, my się zgrzaliśmy, i tak poszło w niepamięć kilka punktów przewagi. Bo mieli oczywiście racje. Jeśli się nie mylę, bo teraz bardziej pamiętam samą sytuację niż wynik, to przegraliśmy tym wygrany mecz.

Każda hala w Polsce ma swój specyficzny klimat. Podpromie ma klimat twierdzy, którą ciężko zdobyć. Jak Moskwę. Wszyscy próbują, garstce się nawet udało, ale nigdy na długo i po prostu trzeba to mądrze rozegrać by nie zostać rozszarpanym przez wilcze kły. A gdzie tam do tego by wrócić z tarczą.

Na parkiecie, w warunkach ciszy, to dalej Resovia jest faworytem. Jednak Trefl złamał już wszelkie zasady w tym sezonie. Wspomniany przed chwilą półfinałowy mecz numer cztery pokazał, że są w stanie walczyć nie tylko z czempionami w kryzysie. Skra w Gdańsku zagrała bardzo dobrze, dając z siebie wszystko, ale Lotos był po prostu lepszy. I mimo, że dzisiaj wielu kibiców rzeszowskiej drużyny wychodzi z założenia, że będzie łatwiej niż ze Skrą, apeluję, nie dajcie się zwieść pozorom nazw klubów i samej historii. Bo Lotos to już nie ligowy średniak, a drużyna wielkiego kalibru i z pewnością sprawi mnóstwo kłopotów.

Potencjałem i przede wszystkim przewagą swojego parkietu rzeszowianie muszą stać się faworytami. Jednak zmiany w systemie rozgrywek playoffów powodują, że ta rywalizacja staje się bardziej wyrównana. Trefl nie będzie musiał we własnej hali grać z pętlą na szyi, margines błędu będzie miał zdecydowanie większy, a to uatrakcyjnia ten i tak świetnie zapowiadający się finał. I wszystko może się wydarzyć. Bo tegoroczny Lotos jest jak NBA. Where amazing happens.

Zapinajmy pasy! Przed nami cudowne finały!

14 thoughts on “Twierrdza Rzeszów kontra NBA czyli finały PlusLigi

  1. Nie jest doskonały system rozgrywek, ale nie od razu Kraków zbudowano.. Nawet obecne propozycje klubów i PZPS-u wykazują różnice w pomysłach na zagospodarowanie tego całego dobra 🙂 A nawiązując do NBA – to propozycja Skry z podziałem na dywizje mnie osobiście najbardziej przekonuje.
    Jestem dumny i cieszy mnie opinia o tym dodatkowym zawodniku Resovii na Podpromiu – doceniają to wszyscy, którym dane było kiedykolwiek brać udział w takim spektaklu, niezależnie po której stronie siatki czy, jak to pan napisał, bandy 😉 punktuje – pamiętam też atmosferę w malutkiej hali MOSiR na 800 osób, upakowanej ponad miarę, gdzie grali dawni mistrzowie – i proszę wierzyć – niczym się nie różniła. Może tylko tym, że na zewnątrz bywało tyle kibiców, ile w środku.
    Po wielu latach siatkarskiej mizerii, dzięki zapewne podobnemu sentymentowi do tamtego okresu, Adam Góral dzięki swojemu działaniu, odświeżył blask najlepszej siatkówki dla kibiców w Rzeszowie.
    Też czekam z niecierpliwością na każdy mecz na Podpromiu i cieszy mnie, że znowu można kibicować mistrzom.
    A pyskówki wszędzie się zdarzają, choć myślę, że siatkówka jest tutaj wzorem porządku..
    I cieszy mnie, że na naszej hali nie króluje wodzirej z disco polo, tylko sport i głos kibiców.

    1. Jeśli chodzi o system rozgrywek to widziałbym najchętniej mieszankę propozycji Skry i Trefla. Jak będzie, zobaczymy. Pozdrawiam 🙂

  2. Świetna wizualizacja nerwowych końcówek na Podpromiu. Przypomniałeś mi dlaczego od wielu lat kibicuję Resovii, mimo że patriotyzm lokalny nakazywałby raczej kibicować Zaksie. Żadna inna drużyna w Pluslidze nie wychodzi z takim wdziękiem z czarnej d..y jak Resovia. Czekam niecierpliwie na pierwsze starcie finałowe – no i skoro NBA to „I love this game” 🙂

  3. Świetnie napisane. Jednego nie rozumiem: „(…) na końcu Dawid zwyciężał (…)”. Chyba chodziło o Goliata? Pozdrawiam z TwieRRdzy 🙂

  4. Jako kibic Resovii ani na moment nie lekceważę Lotosu. Na pewno czekajace nas spotkania bedą pełne emocji i mam nadzieję że grać będą jak równy z równym. Za to mam wrażenie, że wiele osób pod koniec sezonu preceniło Skrę. Widać było po jej zawodnikach, że są już nieco zmęczeni i też jakby brakowało im ducha. W FF LM wielu uważało ich za faworyta nad Resovią, a jak skończył sie dla nich cały turniej wiadomo. Już zaczynało mnie irytować jak w kółko słyszałam: Skra jest faworytem, czy to w meczach ligowych czy innych. Ta drużyna od długiego czasu była takim pewniakiem, że ludzie jakby nie chcieli widzieć, że ten pewniak nie jest w najlepszej formie i przestał zasługiwać na łatwe zwycięstwa.

  5. ” Dzięki temu zdobyli pierwszy raz tytuł Mistrza Polski….” – poczytaj najpierw ile mistrzostw Polski ma Resovia a potem bierz się za pisanie 🙂

    1. Nie o to chodziło w tym tekście, ani w tym zdaniu. Dbając jednak o szwajcarską precyzję, poprawiłem sens mojej wypowiedzi. Tak by było i bardziej czytelnie i odpowiadające faktom. Pozdrawiam 🙂

  6. Piękny opis siły kibiców Resovii. Aż się wzruszyłem. Rzeszów żyje siatkówką, to jest coś niesamowitego. I mam wrażenie, że w dużej mierze jest to spowodowane całą historią występów Rzeszowa w Pluslidze, aż do tego momentu. Od pierwszego sezonu byliśmy drużyną, która potrafiła postraszyć najlepsze drużyny. Potem pamiętna nieprawdopodobna walka z Olsztynem o wejście do czwórki, pięć meczy, 24 sety. Ostatniego meczu słuchałem przy radioodbiorniku. Co to były za emocje i co za rozczarowanie z 10:5 w tie-breaku przegrać półfinał. Ale to dawało jeszcze większy power na kolejny sezon. Kolejny niesamowity scenariusz z Waszą ZAKSĄ, gdzie mieliście 2 piłki do wygranej, a Resovia Wam to wydarła, wygryzła. Wygrywając kolejne punkty, sety i mecze. Potem genialny Grozer i wielkie, niespodziewane zwycięstwo ze Skrą, którego nikt się nie spodziewał. Kolejny sezon to kosmiczne emocje ze Skrą w walce o piąte miejsce i kolejne mistrzostwo już bez Grozera. Pamiętam każdy waży moment z tej rywalizacji. Wreszcie zeszły rok i nieprawdopodobna powtórka z Kędzierzynem z przed wielu lat po kontuzji naszego kapitana. W tym sezonie upragniony medal Ligi Mistrzów, na który tak długo czekaliśmy i finał ligi kiedy znowu nie byliśmy faworytem. Resovia nigdy nie osiągnęła pułapu murowanego faworyta, zawsze jej zwycięstwa okupione były niesamowitymi zwrotami akcji, wydzieraniu tytułu silniejszemu, latami oczekiwań i na końcu spełnieniem marzeń. Po takiej dawce emocji zżywasz się z drużyna na dobre i na złe i ciężko wyobrazić sobie życie bez tego. Dlatego wkładasz potem w kibicowanie całej serce.

    1. Patryku,
      Dziś, w trzecim secie, był dokładnie taki moment o którym pisałem w tym tekście. Przewagi na Podpromiu zwykle magicznie topnieją, a Lotos jeszcze nie potrafi ich utrzymywać. Poza tym to nie był ich dzień.
      W każdym razie, na jutro odłożyłem sobie lekturę Waszego bloga. Mocno mnie zaciekawił.
      Pozdrawiam serdecznie!

      1. Prawda. To chyba nie będzie emocjonująca rywalizacja. Lotos musi w tym sezonie zapłacić frycowe za wejście do finału. Miło, że Paragon Cię zaciekawił, jakbyś miał jakieś podpowiedzi okiem świeżego czytelnika to z wielką chęcią je przyjmę. Bardzo dobrze piszesz, brakowało mi zawsze takiej luźnej, blogowej, emocjonalnej formy dotyczącej naszej siatkówki. Z niecierpliwością czekam na kolejne wpisy.

  7. Jesteśmy przed drugim meczem finałowym. Wieczorem zbieram się do Gdańska. W ogólnym odczuciu miało być nieciekawie, ale po finale PP zrobiło się bardzo ciekawie.
    Zawsze z pokorą podchodzę do przeciwnika. Lotos potrafi grać bardzo fajną, szybką, kompletną siatkówkę. Oczywiście, wszystkim musi wszystko wychodzić, ale w poszczególnych meczach jest to możliwe.
    Jako kibic Resovii wściekałem się na odczuwalną dozę „ogólnego uspokojenia” przed finałem. A przecież w finale żaden przeciwnik nie uklęknie. Finał to finał i nikt w obecnym systemie rozgrywek przypadkowo do niego nie dociera.
    Nie wiem ile meczów trzeba będzie rozegrać w finale. Może 3, może 4, może 5? Kalendarz sprzyja w miarę spokojnemu przygotowaniu do każdego meczu. Taki system sprzyja Lotosowi,bo dzęki niemu gdańszczanie nie będą płacić „frycowego”. Każdy mecz będzie odrębnym, wielkim widowiskiem. Każde zwycięstwo trzeba będzie przeciwnikowi wyrwać.
    Rozumiem założenia przyszłorocznego sezonu, ale w sezonie 16/17 należy wrócić do obszernej fazy play-off. Bo to faza play-off jest najpiękniejszą fazą rozgrywek. Ja od dawna apelowałem, żeby rozgrywać tę fazę systemem 1. mecz u „mocniejszego”, dwa kolejne u „słabszego” i ewentualne dwa kolejne u „mocniejszego”. Skróci to terminy, ale nadal będzie atrakcyjne. Trochę mniej „rozwlekle” niż obecnie.
    Trzeba przyznać, że od czasu zdetronizowania Skry fajną mamy tę polską siatkówkę klubową. Bo kiedyś nazywałem Skrę „największym szkodnikiem polskiej siatkówki”. Nie przez niechęć, ale przez fakt, że innym klubom pozostawali tylko ci zawodnicy, których nie chciała Skra. To niszczyło. Dziś każdy klub wierzy, że warto pracować, budować drużynę i marzyć o największych zaszczytach.
    Cokolwiek wydarzy się jutro w Gdańsku, wtorkowy mecz w Rzeszowie będzie wielkim widowiskiem.

Odpowiedz na „MirekAnuluj pisanie odpowiedzi